7 maj 2012

Dzień Czerwonej Szminki 2012 - finał.

Czerwień to kolor, który mnie nie opuszcza. Nie jest codziennie, ale jest.


Twoja akcja zmotywowała mnie do odkurzenia czerwonej szminki, tak rzadko jej używam...,a przecież czerwień jest taka dojrzała,intrygująca.


Jest jak cieniutka pończocha, wytuszowane rzęsy, kropla perfum na nadgarstku...jest zmysłowa, silna i kobieca.

Szminkę od kilku dni noszę w torebce. Gdy tylko wychodzę z pracy nanoszę ją na usta, czuję wolność... i jestem sobą.

 Ta czerwień coś takiego we mnie wyzwala, jakbym przenosiła się do złotej ery Hollywood.

 Zwykle zarezerwowana jest dla NIEGO. Nie sięgam po nią często, ale na dnie szafki zawsze mam chociaż jedną czerwoną szminkę.

Pierwsza aplikacja, pierwsze pomalowanie, było dla mnie momentem naprawdę magicznym. Kiedy spojrzałam na siebie w lustrze, ujrzałam zupełnie inną osobę. Czerwień rozświetla, dodaje spojrzeniu głębi, jakiegoś dziwnego, nieuchwytnego blasku. Niecodzienności, choć i na co dzień potrafi sprawdzić się doskonale, kiedy potrzebuję dodać sobie pewności siebie.

Czerwień to coś więcej niż tylko kolor.








Dziękuję za kolejny Wasz udział w Dniu Czerwonej Szminki. Zapraszam za rok!:)


PS Jeśli w kolaż wkradł się błąd, proszę o kontakt, niezwłocznie naniosę poprawki.

24 kwi 2012

Dzień Czerwonej Szminki 2012 - termin przedłużony


      Może ktoś z Was jeszcze szuka swojej czerwieni. A może się waha.
Może potrzebuje więcej czasu.

Przedłużam termin nadsyłania zdjęć do 6 maja.


Dziękuję za wszystkie zdjęcia, które do tej pory wysłałyście. Odpisałam na każdy mail, jeśli ktoś nie dostał odpowiedzi, to znaczy, że zdjęcie nie dotarło. W takim wypadku, proszę wysłać je ponownie.

Chleb pszenny z Bourke Street Bakery



Na wstępie, chciałam powiedzieć jedno: kocham robić ten chleb.
Robiłam go wiele razy i praca z tym ciastem chlebowym to niezwykła przyjemność. Jest plastyczne, poddaje się dłoniom, idealnie składa, a przy tym jest... piękne. Każdy ruch składanego ciasta jest płynny, jak ruch strumienia. Przede wszystkim jednak - uwaga - wprowadza w niezwykle pogodny nastrój. Kiedy odświeżam zakwas, nie mogę się wprost doczekać momentu, kiedy zanurzę swoje dłonie w wyrośniętym cieście, kiedy zacznę je składać i formować bochenki, a rano natnę przed włożeniem do pieca. Praca z tym ciastem daje niezwykłą radość. Sam chleb jest nieziemski w smaku, ostatnio nasz ulubiony. Nie przyrasta oszałamiająco, ale dajcie mu chwilę na dobrze rozgrzanym kamieniu i zobaczycie, na co go stać. No i przygotujcie dobre masło, ten chleb je się sam.



Przepis na ten chleb pochodzi z książki "Bourke Street Bakery".
To z niej podałam przepis na korzenne pierniczki. Piekłam z niej jeszcze inne rzeczy, które na pewno pojawią się na blogu.
Książka jest zbiorem przepisów, na wypieki które serwuje australijska Bourke Street Bakery. Założona przez dwóch przyjaciół, kucharza i piekarza, dzielących tę samą pasję i wizję, stała się miejscem kultowym na mapie Sydney. Książka jest odzwierciedleniem tej pasji, co widać na każdym kroku, od techniki począwszy, na składnikach i recepturach skończywszy, wszystko dopięte na ostatni guzik, dopieszczone i bije z tego pasja, prostota i ciężka praca. Bo nie czarujmy się, aby dzień w dzień wyczarowywać góry takich piekarniczych cudeniek, mieszać, składać, wałkować i rolować, trzeba kochać to co się robi.
Jeśli kiedyś znajdę się w Sydney, z pewnością swe pierwsze kroki skieruję własnie tam.

W książce znajdziemy przepisy na chleby, chleby z dodatkami, panini, bagietki, pizzę, croissanty, danishe, tarty i tartaletki na słodko i wytrawnie, ciepłe przekąski, ciastka, ciasta i wiele innych. Część z nich jest trudniejsza, bardziej czasochłonna, kilkuetapowa , część - prosta, tak jak przepis na chleb, który dziś podaję.
Książkę gorąco polecam.

-----------------------------------------------------------------------------------------------
Przepis nieznacznie zmodyfikowałam. Ilość wody* zależy od rodzaju użytej mąki, mniej dla polskiej mąki pszennej chlebowej (ok. 400ml), więcej dla mocnej mąki chlebowej (angielskiej, amerykańskiej) - ok. 450ml. Nieznaczna ilość drożdży** sprawia, że chleb wyrasta tylko w lodówce, a nie dodatkowo poza nią. Przerobiłam ten system wielokrotnie, chleb rośnie w lodówce 8-12 godz, następnie trafia do pieca. Zawsze udaje się wyśmienicie a minimalna ilość drożdży nie wpływa na smak, ani trwałość chleba. Drożdże można pominąć i dokończyć wyrastanie poza lodówką, trwa to ok. 1-4godz, w zależności od temp. otoczenia.




Chleb pszenny z Bourke Street Bakery
 źródło: "Bourke Street Bakery" Paul Allam & David McGuinness

   765 g mąki pszennej chlebowej
    1/3 łyżeczki drożdży instant**
  400-450 ml wody *
1 łyżka soli morskiej
                                                     

Zakwas wymieszać z wodą i drożdżami. Dodać mąkę, miksować 4 min na niskim biegu, następnie na średnim-wysokim przez 3 min. Miskę przykryć ściereczką i zostawić ciasto na 20 min., żeby odpoczęło.

Wtedy posypać je solą i miksować na wolnym biegu 1 min. zwiększyć prędkość na średni-wysoki bieg i miksować przez 6 min, lub dopóki ciasto nie będzie gładkie i elastyczne. Miskę lekko posmarować olejem, ułożyć  w niej ciasto, przykryć szczelnie folią i odstawić na 1 godz., w temp. pokojowej.

Po tym czasie ciasto odgazować na lekko omączonym blacie (delikatnie rozpłaszczyć w prostokąt, złożyć na trzy jak list, obrócić o 90st. i ponownie złożyć na trzy), ułożyć w misce, przykryć i odstawić na 1 godz.

Po tym czasie, ciasto wyjąć na lekko omączony blat, podzielić na 2 części, każdą lekko odgazować i złożyć w bochenki. Ułożyć w omączonych koszykach (lub wyłożonych omączonymi ściereczkami), koszyki włożyć do plastikowych torebek, zawiązać i włożyć do lodówki na 8-12godz (najwygodniej na noc). Wyjąć z lodówki i naciąć, tuż przed włożeniem do nagrzanego pieca.

Piec rozgrzać do 240st.C (piekłam na kamieniu) na dno pieca włożyć naczynie z wodą lub po włożeniu chleba do pieca spryskać piekarnik wodą. Piec 30-35 min, lub nie więcej niż 40min.
W połowie czasu pieczenia, bochenki można obrócić.
Upieczony chleb, postukany od spodu wydaje głuchy odgłos. Studzić na kratce, kroić po ostudzeniu.

Smacznego!


14 kwi 2012

"Moje życie we Francji"


3 listopada, 1948 roku, 36-letnia Julia Child, wraz z mężem, przybywa do Francji.

Nigdy przedtem nie była w Europie, nie zna francuskiego i nie za dobrze radzi sobie w kuchni. A jednak to tu odnajdzie swój smak życia, odkryje swoje powołanie i nauczy się gotować.

Zanim jednak, zje najlepszą sole meunière w swoim życiu i od tego olśnienia zacznie się jej miłość do francuskiej kuchni.

Ze swoim mężem, również smakoszem, będzie tropić najlepsze miejsca na kulinarnej mapie Paryża, który stanie się ich domem na kolejne kilka lat, a Francja krajem, do którego przez resztę życia nieustannie będą wracać.



Zauroczona i rozkochana we francuskiej kuchni, Julia powoli i na własną rękę poznaje jej tajniki, zapisuje się na lekcje francuskiego, gotuje z francuskich książek kucharskich, które pochłania jak powieści. Ma swoją ulubioną handlarkę warzyw na targu, sklep z serami, sklep z oliwami. Pytając i obserwując, uczy się kupować jak Francuzka i rozpoznawać najlepsze produkty. Dużo gotuje, jest wciąż głodna wiedzy, niezwykle pracowita i zdeterminowana nauczyć się więcej.  "Od pewnego już czasu na poważnie gotowałam (..) ale czegoś mi brakowało. Czytanie przepisów w Larousse gastronomique, przy którym, aż ciekła mi ślinka, pogawędki z Marie des Quatre Saissons (sprzedawczyni warzyw, przyp. P) albo smakowanie dań w cudownych restauracjach w Paryża już mi nie wystarczało. Chciałam zakasać rękawy i zagłębić się we francuskiej sztuce kulinarnej. Tylko jak?
Z ciekawości zajrzałam do L'Ecole du Cordon Bleu, sławnej paryskiej szkoły kucharskiej. Profesjonaliści uczyli tam tradycyjnej kuchni francuskiej pilnych studentów z całego świata. Któregoś popołudnia wybrałam się na lekcję pokazową - i kompletnie oszalałam".
Ta lekcja była jak kostka domina, która rozpoczęła szaleńczą pasję kulinarną i późniejszą karierę Julii.
Sama Julia była wulkanem niekończącej się energii, radości życia, czerpania garściami z tego, co świat ma najlepszego do zaoferowania. Była też perfekcjonistką, tytanem pracy, wciąż chętną się uczyć. Ta książka to zapis jej życia we Francji, nieustającego wracania do niej, tego jak ją ukształtowała.
Ale przede wszystkim jest porywającą opowieścią o miłości do sztuki kulinarnej, do jedzenia, o miłości do życia, celebracji codzienności, poznawaniu nowych miejsc, bogatego życia towarzysko-kulinarnego, samodoskonaleniu się, rozwijaniu. Nie zdradzając więcej, polecam Wam gorąco tę lekturę. 
To gruba książka, którą czyta się jednym tchem i pragnie więcej gdy się kończy.  
I jedna uwaga na koniec: nie należy czytać jej będąc głodnym, ta książka pobudza apetyt.




Cytat pochodzi z książki
"Moje życie we Francji" Julia Child
Wydawnictwo Literackie, 2010